Odpowiedź na interpelację nr 2834

Odpowiedź podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej - z upoważnienia ministra -

na interpelację nr 2834

w sprawie potrzeby wprowadzenia zmian w ustawie o postępowaniu wobec dłużników alimentacyjnych oraz zaliczce alimentacyjnej

Odpowiadając na pismo z dnia 18 maja 2006 r. (SPS-023-2834/06) w sprawie interpelacji posła Jarosława Zielińskiego dotyczącej potrzeby wprowadzenia zmian w ustawie o postępowaniu wobec dłużników alimentacyjnych oraz zaliczce alimentacyjnej, uprzejmie informuję, że zgodnie z art. 29 ustawy z dnia 22 kwietnia 2005 r. o postępowaniu wobec dłużników alimentacyjnych oraz zaliczce alimentacyjnej (Dz.U. Nr 86, poz. 732, z późn. zm.) dziecko uprawnione do świadczenia alimentacyjnego na podstawie tytułu wykonawczego, którego egzekucja jest bezskuteczna, wychowywane przez rodzica lub opiekuna prawnego pozostającego w związku małżeńskim, nabywa prawo do zaliczki, przez okres jednego roku, jeżeli rodzic lub opiekun prawny złożył do sądu pozew o rozwód albo separację. Obowiązujące przepisy przewidują więc udzielenie zaliczki alimentacyjnej w okresie trwania postępowania o rozwód czy separację, aczkolwiek ograniczają ten okres tylko do 1 roku.

Ponadto uprzejmie wyjaśniam, że zarządzenie sądu o zabezpieczeniu potrzeb dzieci na czas trwania postępowania traktowane jest jak zasądzenie świadczeń alimentacyjnych i w przypadku gdy egzekucja tego świadczenia jest bezskuteczna, przysługuje zaliczka alimentacyjna.

Jednocześnie uprzejmie informuję, że w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej przygotowany został projekt nowelizacji ustawy o postępowaniu wobec dłużników alimentacyjnych oraz zaliczce alimentacyjnej, jednak ze względu na rozpoczęte w Sejmie RP prace nad obywatelskim projektem ustawy o funduszu alimentacyjnym prace nad nowelizacją zostały zawieszone. Oba projekty zakładają poszerzenie zakresu osób uprawnionych do świadczeń, m.in. o osoby wychowywane w tzw. rodzinach zrekonstruowanych (rodzic opiekujący się dzieckiem zawarł kolejny związek małżeński).

Podsekretarz stanu

Joanna Kluzik-Rostkowska

Warszawa, dnia 5 czerwca 2006 r.


2 kadencja, 43 posiedzenie, 2 dzień (16.02.1995)

2 kadencja, 43 posiedzenie, 2 dzień (16.02.1995)


11 punkt porządku dziennego:
Pierwsze czytanie poselskiego projektu ustawy o zmianie ustawy z dnia 25 lutego 1964 r. Kodeks rodzinny i opiekuńczy oraz ustawy z dnia 17 listopada 1964 r. Kodeks postępowania cywilnego (druk nr 800).


Poseł Aleksander Bentkowski:

Pani Marszałek! Wysoki Sejmie! Źle się czuję w tym towarzystwie, bo przede mną dwie panie, po mnie dwie panie i w ogóle nie wiem, czy mam prawo mówić na temat rozwodów, skoro tak autorytatywnie przede mną wypowiadały się panie, a zwłaszcza pani przedstawiająca ten projekt oraz koleżanka z Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Na szczęście dostrzeżono pewne wady. To dobrze, bo myślałem, że projekt będzie popierany zupełnie bez zastrzeżeń.

Proszę Sejmu! Mam zupełnie odmienne zdanie na temat tego projektu. Patrzę na to nie tylko jako prawnik, ale także jako adwokat, który uczestniczył w kilkuset procesach rozwodowych - i reprezentując różne strony - najczęściej po stronie kobiety, bo jak tutaj pani Labuda była uprzejma zauważyć, aż 93% rozwodów jest orzekanych z winy małżonka bądź sprawy były wnoszone do sądu z inicjatywy kobiety. Dlatego dziwi mnie, że właśnie grupa kobiet wprowadza do Sejmu tak niekorzystne dla kobiet rozwiązania, tak niekorzystne i w niekorzystnym świetle stawiające nie tylko kobietę, ale i interes rodziny.

Zacznę może od tego, o czym panie były uprzejme powiedzieć na końcu, od kwestii przekazania spraw rozwodowych do sądów rejonowych. Istotnie, do sądów wojewódzkich przeniesiono je wtedy, kiedy byłem ministrem sprawiedliwości, ale to Sejm podjął taką decyzję, nie była to moja decyzja, tylko decyzja Sejmu tamtej kadencji. I nie kierowano się, jak sugerował jeden z kolegów w czasie dyskusji, chęcią podniesienia opłat, ponieważ opłaty zostały te same. Było to podyktowane tym, aby w sprawach rozwodowych orzekali ludzie doświadczeni, mam na myśli doświadczonych sędziów o odpowiedniej praktyce. Wychodziliśmy z założenia, że rozwód zdarza się człowiekowi raz w życiu, najwyżej dwa razy. Nie są to codzienne zakupy i sąd nie musi być dosłownie w zasięgu ręki, jak pani poseł Labuda określiła, ale powinien być to odpowiedni sąd, na odpowiednim poziomie. Przy dzisiejszym stanie komunikacji, jeżeli przyjdzie kobiecie pokrzywdzonej raz, dwa lub trzy razy w życiu pojechać do miasta wojewódzkiego, to nie będzie to aż takie utrudnienie i nie jest to powód, aby przenosić rozwody do sądów rejonowych.

Autorki nie zadały sobie trudu, żeby sprawdzić, czy sądy rejonowe są w stanie przejąć te sprawy. Z chwilą, gdy przeniesiono rozwody do sądów wojewódzkich, kilkuset sędziów sądów rejonowych, specjalistów w tym zakresie, zostało awansowanych do sądów wojewódzkich. Następne nie przemyślane postępowanie doprowadziło do tego, że w sądach rejonowych została bardzo młoda kadra. Dzisiaj ze średniej statystycznej wynika, że w sądach rejonowych orzeka 60% asesorów, a więc sędziów, którzy nie mają prawa orzekać w sprawach rozwodowych z mocy ustawy. Gdybyśmy uwzględnili granicę 27 lat, która jest wymagana do orzekania w sprawach o rozwód, ten procent jeszcze by się zwiększył. W Warszawie bywają wydziały cywilne, które składają się wyłącznie z asesorów i z konieczności również przewodniczący jest asesorem. Czy mamy świadomie przekazywać w ręce sędziów, którzy są dopiero na początku swojej kariery zawodowej, orzekanie w sprawach o rozwód?

Myślę, że ministerstwo będzie na to przygotowane i dzisiaj pan minister nam na to odpowie. Ministerstwo musiało być przygotowane na bardzo wysokie koszty związane z tym, że trzeba gwałtownie do sądów rejonowych, do sądów rodzinnych pozyskiwać sędziów, którzy mieliby uprawnienia do orzekania w sprawach rozwodowych. Nie wiem, czy akurat teraz stać nas na takie wydatki i czy jest to najpilniejsza sprawa, jaką powinniśmy załatwić w tym Sejmie.

A teraz przechodzę do meritum sprawy, a więc do propozycji, które są zawarte w projekcie ustawy. Mianowicie panie mówiły, że znosi się inne przesłanki i pozostaje tylko jedna, dobro małoletnich dzieci, która oczywiście obowiązywała poprzednio. Zniesiona jest podstawowa przesłanka, kwestia winy. Sądzę, że panie nie mają kontaktów z klientami. Jednak czy zastanawiacie się panie nad jedną podstawową sprawą, że bardzo często kobieta, która zwraca się do sądu z prośbą o rozwód, mówi: Wysoki Sądzie, proszę o orzeczenie winy. Tak jest w wypadku ok. 27% spraw. Proszą o orzeczenie winy, ponieważ chcą mieć czyste sumienie, chcą stwierdzenia, że to nie one przyczyniły się do rozkładu pożycia i chcą mieć napisane w orzeczeniu sądu czarno na białym, że to nie one rozbiły małżeństwo, aby móc to kiedyś pokazać dzieciom, które dzisiaj są małoletnie. To są słowa, które bardzo często kobiety kierują do adwokatów przy wnoszeniu sprawy o rozwód: Panie mecenasie, proszę o orzeczenie winy, chociaż wtedy potrzebne są wyjaśnienia. Adwokatowi najwygodniej jest przeprowadzić sprawę bez orzekania winy, gdyż kończy się ona na dwóch posiedzeniach i nie ma problemów. Opłata jest taka sama, zaręczam. Natomiast prowadzenie postępowania z wykazaniem winy jest bardzo uciążliwe. Kobieta prosi jednak o wykazanie winy, chce mieć dokument, z którego będzie wynikało, że to nie ona rozbiła małżeństwo, bo kiedyś dzieci ją o to zapytają. Panie zaś pozbawiają kobiety takiej możliwości. Uważacie, że wystarczy przyjść do sądu, powiedzieć: Chcemy rozwodu i sprawa jest załatwiona.

Wyeliminowanie pojęcia winy spowoduje taką sytuację, że te 97% małżonków, o których tu była mowa, dojdzie do jednego prostego wniosku, iż trzeba małżonkę doprowadzić do takiego stanu, żeby już nie miała siły odezwać się w sądzie, ponieważ kwestia winy zostanie pominięta i bez jej rozstrzygnięcia można będzie otrzymać rozwód. Dzisiaj zapis jest taki, że małżonek wyłącznie winien nie może domagać się rozwodu. Gdyby zaś wyeliminowano kwestię winy, wystarczyłoby kilkakrotnie zmaltretować żonę i powiedzieć, że jeżeli ma już dość tego małżeństwa, to trzeba iść do sądu i sprawa jest załatwiona. Sędzia nie miałby nawet prawa zapytać, kto jest winien, jeśli chodzi o rozkład pożycia. Nie wiem, czy panie zastanawiały się nad tym, jakie są konsekwencje takiego zapisu. Rozstrzygnięcie takie jest wyjątkowo niekorzystne dla kobiet. Wczoraj w debacie klubowej jedna z pań powiedziała, że projekt ten popiera stowarzyszenie ojców pokrzywdzonych. Z całą pewnością jest to absolutna prawda. Rzeczywiście, jest to rozwiązanie na korzyść tego stowarzyszenia...

(Poseł Izabela Jaruga-Nowacka: Stowarzyszenia Obrony Praw Ojca.)

...na korzyść pokrzywdzonych ojców, bo przecież nie byłoby potrzeby bronienia ich praw, gdyby ojcowie ci nie byli pokrzywdzeni. Spotkałem się z tym stowarzyszeniem i nie twierdzę, że zawsze winny rozwodu jest małżonek. Są oczywiście takie kobiety, które potrafią być wyjątkowo złośliwe i doprowadzić swych małżonków do skrajnego wyczerpania. Jest prawdą, że bywają także rozwody orzekane z winy kobiet. Statystyka wykazuje jednak, że w 97% przypadków rozwodów wina leży po stronie mężczyzny. Jeśli chodzi więc o zniesienie zapisu o winie, to takie rozwiązanie będzie stanowić przede wszystkim formę wyraźnej pomocy, jaką panie przynosicie tym mężczyznom, którzy domagają się rozwodu i wiedzą o tym, że są winni. Będą więc oni celowo, nie krępując się zupełnie kwestią winy, doprowadzać do tego, by małżonka jak najszybciej była skłonna do rozwodu.

Najwyraźniej na rozwód patrzą panie z perspektywy opisów prasowych bądź tylko statystyki. Nie wiedzą zaś panie o tym, że w naszej rzeczywistości tacy małżonkowie dosyć długo ze sobą mieszkają. Jeżeli nie będzie zapisu o winie, małżonek zmierzający do rozwodu z zupełnie innych przyczyn będzie robił wszystko, żeby całkowicie zniechęcić żonę do dalszego pożycia. Przy obecnym zapisie małżonek taki po prostu się wyprowadza. Była to pewna szansa spokoju dla kobiety. Mąż się wyprowadzał. A teraz będzie po prostu maltretował i dręczył żonę tak długo, aż ona - mimo że mąż nadal będzie pozostawał w tym mieszkaniu - zgodzi się w końcu na rozwód.

Moim zdaniem ten zapis jest niedopuszczalny, po prostu niehumanitarny. Ma on na uwadze wyłącznie interes osoby chcącej szybko uzyskać rozwód, a w żadnym wypadku nie interes kobiety, która - jak powiedziałem - w wielu przypadkach nie chce tego rozwodu.

Następny przepis jest jeszcze bardziej kontrowersyjny. Czytając ten projekt zastanawiałem się, kto podsunął paniom takie rozwiązania. Można już było spodziewać się wszystkiego, ale pozbawianie matki dzieci prawa ustanowienia alimentów w trakcie procesu rozwodowego to już jest szczyt zatracenia poczucia rzeczywistości. W art. 58 wprowadza się zapis, że w wyroku orzekającym rozwód sąd rozstrzyga o władzy rodzicielskiej oraz o alimentach na zgodny wniosek stron. Pokażcie mi teraz takiego małżonka, który domaga się rozwodu, który oczywiście zamierza założyć drugą rodzinę bądź w ogóle chce odejść i, ponieważ żona nie zdążyła jeszcze wystąpić z wnioskiem o alimenty, w trakcie trwania małżeństwa nie ponosi kosztów utrzymania rodziny; małżonka, który powie wysokiemu sądowi: Tak jest, wysoki sądzie, zgadzam się, żeby wysoki sąd ustalił wysokość moich alimentów.

Piszą panie: na zgodny wniosek stron. Komu przeszkadzał ten dzisiejszy zapis - na wniosek jednej ze stron, czyli, krótko mówiąc, na wniosek kobiety, bo dzieci zostają na ogół właśnie przy matce. Komu to przeszkadzało? Dzisiaj mówicie: zgodny wniosek stron. Oczywiście nigdy takiego zgodnego wniosku stron nie będzie, jeśli małżonkowie są skłóceni. I tutaj panie mówią, że dbają o interes dzieci, o interes rodziny. To jest przykład właśnie braku tej dbałości.

Co robicie? Dajecie zapis: odsyłamy do innego postępowania. Proszę bardzo. Czyli z jednej strony mówicie, że chcecie skrócić drogę rozwodową, tę gehennę, jak to określacie - rzeczywiście jest to bardzo często gehenna - a tutaj fundujecie kobiecie drugi proces, proces alimentacyjny.

Ale mało tego. Następna wasza propozycja to już przykład nieznajomości realiów naszej rzeczywistości. Wiedzą państwo bardzo dobrze, że głównym problemem przy orzekaniu rozwodu jest kwestia mieszkania, podziału tego mieszkania. Dzisiaj niestety nie stać nas na to, żeby wyprowadzający się mógł sobie natychmiast kupić mieszkanie. Z konieczności więc ta rodzina mieszka razem. Sąd w wyroku rozwodowym musi dzisiaj bardzo precyzyjnie określić, który pokój zajmuje jedno z małżonków, w jaki sposób użytkują łazienkę, w jaki sposób użytkują kuchnię - to wszystko ma być zapisane. To stwarza minimum gwarancji spokoju dla kobiety, zwłaszcza jeśli wychowuje dzieci. A co państwo proponują? Ano żeby sąd tym się w ogóle nie zajmował, tylko żeby to odesłać do innego postępowania. Czyli proponujecie jeszcze jeden proces dla kobiet. Jak coś takiego można było, pani poseł, proponować? Czy nie pytała pani o to przynajmniej jednego prawnika - praktyka? Oczywiście, być może, że po otrzymaniu informacji, iż bardzo trudno uzyskać rozwód, pytała pani adwokata, który prowadził proces dwa-trzy lata - i mnie się zdarzały takie procesy, kiedy przez trzy lata nie potrafiłem uzyskać rozwodu. Jeśli małżonek zostawiał dzieci bez zapewnienia środków do życia i wiązał się z inną kobietą, wtedy rzeczywiście sąd nie udzielał rozwodu przez dwa, trzy, cztery lata. Wtedy rzeczywiście ten, który odszedł, mógł czuć się pokrzywdzony, bo przecież on ma prawo do wolności. Proszę państwa, to była kolejna propozycja, która ma rzekomo ułatwiać życie kobiet.Ostatnia propozycja dotyczy art. 58 § 3. Dzisiaj zapis jest taki, że na wniosek jednego z małżonków sąd może dokonać podziału majątku. A co panie proponują? Ano, żeby był zgodny wniosek stron. Rzeczywiście, pokażcie mi takiego pana, który ucieka z mieszkania, bierze wszystko, co się da zabrać, łącznie z wyposażeniem, i mówi: zgadzam się, żeby jednak sąd podzielił majątek, czyli żeby, krótko mówiąc, zasądził od niego spłatę na rzecz żony. Oczywiście, że się nie zgodzi. Proponują państwo, że to musi być zgodny wniosek stron. A jeśli nie ma zgody, proszę bardzo, kolejna propozycja - kobieta pójdzie do sądu prowadzić proces o podział majątku. Wyjątkowo niewdzięczny proces i wyjątkowo trudny do prowadzenia. Sądy oczywiście nie zawsze orzekają w tych sprawach, ale dzisiaj była przynajmniej taka możliwość na wniosek jednej strony. Panie uważają, że musi być zgoda obu stron.

Kolejny zapis dotyczy alimentowania. Tutaj rzeczywiście jesteście panie szalenie liberalne, bo z waszego przepisu wynika, że małżonek, który jest całkowicie winien rozkładu pożycia, który rzeczywiście żonę maltretował, może, jeżeli znajdzie się w niedostatku, żądać od żony alimentów dla siebie. Tak, proszę państwa, to jest paradoks, z którym się trudno pogodzić. Wykluczając winę, stwierdzacie tym samym w art. 60, że małżonek wyłącznie winny rozkładowi pożycia, który doprowadził do całkowitego rozbicia małżeństwa, doprowadził do tego, że żona zajmuje się teraz wychowaniem dzieci, jeśli wykaże, że ma usprawiedliwione obiektywne powody, może żądać od żony alimentów na swoją rzecz. Tak to jest dokładnie napisane, proszę państwa, w art. 60. Ponieważ niektóre panie nie wierzą, że jest możliwe, żeby taki wniosek był przedstawiony, przeczytam. Dzisiaj treść artykułu brzmi: Małżonek rozwiedziony, który nie został uznany za wyłącznie winnego, może domagać się alimentów. A co panie proponujecie? Nic. Małżonek rozwiedziony, który na skutek usprawiedliwionych obiektywnych przyczyn znajduje się w niedostatku, może żądać świadczenia. Czyli, krótko mówiąc, ten kto doprowadził do rozwodu, rozbił rodzinę, kto jest wyłącznie winien, moralnie winien za rozpad rodziny, może domagać się od żony, która jakoś tam wiąże koniec z końcem, a on jest bezrobotny, alimentów. To wynika z zapisu, który panie proponujecie. Nie tyle alimentów, bo panie - na to warto zwrócić uwagę - wykreślacie art. 444 Kodeksu postępowania cywilnego, że żona może domagać się alimentów, wykreślacie ten zapis, a sprowadzacie wszystko do formuły, że może domagać się środków utrzymania. Dzisiaj żona, która miała usprawiedliwione potrzeby, uzasadnione, otrzymywała alimenty na czas nieokreślony. Małżonek zobowiązany był po pewnym czasie zgłosić się do sądu z wnioskiem o uchylenie tego obowiązku. Teraz ograniczacie to prawo kobiety. Mówicie, że czas, na jaki mają być te alimenty zasądzone, ma być od razu przez sąd określony. Mnie się wydaje, że miałyście, panie, bardzo złych doradców i uważam, że takie projekty powinny być szerzej konsultowane.

Oczekuję z niecierpliwością na wystąpienie przedstawiciela ministra sprawiedliwości. Jak Ministerstwo Sprawiedliwości ustosunkuje się do tak rewolucyjnych zmian, bo są to zmiany rewolucyjne, ale także zupełnie nonsensowne?

Dam paniom przykład zapisu, który nie wiadomo dlaczego tutaj się znalazł. A więc, wiecie, panie, że art. 436 mówi o postępowaniu pojednawczym. Postępowanie pojednawcze zmierza do tego, aby sąd spróbował przekonać strony do pojednania się. Mówicie panie, że to przecież jest bez sensu, ludzie są rozsądni, skoro decydują się na wniesienie sprawy o rozwód, to przecież jest bez sensu nakłanianie ich do jakiegokolwiek pojednania. Otóż, proszę państwa, jest znaczący procent spraw, kiedy pojednanie odnosi skutek, kiedy strony wycofują pozew o rozwód. Panie proponujecie ograniczyć to postępowanie, aby zrobić z tego w ogóle fikcję. Jeżeli pani poseł proponuje wprowadzić nowy zapis, który mówi, że w przypadku niestawiennictwa jednej ze stron na posiedzenie pojednawcze sąd odstępuje od prowadzenia tego postępowania, proszę mi powiedzieć, po co małżonek, który wnosi pozew do sądu i zmierza do tego sądu tylko po to, żeby uzyskać rozwód, ma się zgłaszać na posiedzenie pojednawcze? To jest w ogóle bez sensu. Jeżeli on ma prawo nie stawić się na posiedzenie pojednawcze, to w ogóle nie ma sensu tego zapisywać, bo wówczas już nie ma posiedzenia pojednawczego. Jeżeli od osoby wnoszącej rozwód, od jej dobrej woli, zależy zgłoszenie się na posiedzenie pojednawcze, to taki e i państwowe szpitale - zapis nie ma sensu, kto bowiem wnosząc pozew o rozwód, chce się jeszcze w sądzie jednać.

Kolejną trudną do zaakceptowania zmianą jest pozbawienie sądu prawa zawieszenia postępowania. Proponują panie zawieszenie postępowania jedynie na zgodny wniosek stron. Jest to pomieszanie zamiarów z propozycjami. Pozbawia się sąd możliwości zawieszenia postępowania w sytuacji, kiedy sędzia najwyraźniej widzi, że jest szansa na utrzymanie danego małżeństwa. Sędzia nie może jednak zawiesić postępowania, ponieważ musi być na to zgoda obojga małżonków. Niby dlaczego ma się zgadzać na zawieszenie postępowania osoba, która wnosi sprawę o rozwód? Często w tym kontekście mówi się o ochronie praw kobiet. Statystyka wskazuje, że najczęstszym powodem rozkładu pożycia małżonków i rozpadu małżeństwa jest alkoholizm. Bardzo często w procesach powstałych z tego powodu małżonek, który przychodzi do sądu, składa solenne przyrzeczenie. Mówi, że pije, nadużywa alkoholu, ale przyrzeka, że ograniczy nałóg. I sąd zawiesza postępowanie. Ale bywa też i tak, że przychodzi małżonek do sądu i mówi, że chce rozwodu i nie zgodzi się na zawieszenie postępowania. Ale sąd widzi szansę na pogodzenie się i zawiesza postępowanie. Państwo likwidują tę możliwość. Sędzia już nie będzie mógł interweniować w tego rodzaju sprawach.

Wskażę jeszcze zupełnie horrendalny nonsens. Panie proponują utrzymanie tylko jednej przesłanki w sprawie o rozwód - chodzi o dobro dzieci. Jeśli małżeństwo nie ma dzieci, rozwód przed sądem staje się fikcją - wniesiony jest pozew, sąd nie ma prawa zapytać strony, dlaczego wniosła pozew, i ma nastąpić orzeczenie rozwodu. W takim razie po co w ogóle prowadzić postępowanie sądowe? Niech panie zaproponują postępowanie na wzór radziecki: należy zawiadomić urząd stanu cywilnego, że od dzisiaj przestaję być małżonką pana x albo małżonkiem pani y. Po co w ogóle zawracać sobie głowę jakimś tam pseudopostępowaniem sądowym, które sprowadza się do tego, że strona przychodzi do sądu i oświadcza: chcę rozwodu, a sądowi nic innego nie pozostaje, jak powiedzieć: orzekam rozwód. Do czego jest potrzebne takie postępowanie? Czy chcą panie mieć ładniejszą otoczkę? Jeżeli tak bardzo wam zależy na tym, ażeby zwiększyć liczbę rozwodów, bo jednak ich liczba spada i jest się czym martwić, można przecież z powodzeniem zmienić procedurę, może będzie więcej rozwodów. Jeżeli małżeństwo nie ma dzieci, to można usprawnić procedurę rozwodową - przecież nic prostszego, jak tylko wprowadzić procedurę administracyjną z zawiadamianiem stanu cywilnego o rozpadzie małżeństwa.

Serdecznie państwu życzę, ażeby każdy, kto będzie głosował nad projektem tej ustawy, zechciał spokojnie przyjrzeć się tym przepisom i zajrzeć do Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego oraz do Kodeksu postępowania cywilnego. Nie mogę być w niezgodzie ze swoim sumieniem. Wnoszę o odrzucenie tego projektu w pierwszym czytaniu. (Oklaski)

<< Pierwszy < Poprzednia [2 / 2] Następna > Ostatni >>